poniedziałek, 10 czerwca 2013

Muchy w nosie...?

on - O co chodzi?
ona - O nic.
on -Jak to o nic jak widzę, że o coś chodzi? Co się dzieje?
ona -Nic się nie dzieje i o nic nie chodzi, przecież mówię  chyba?
on -Skoro o nic nie chodzi i nic się nie dzieje to dlaczego warczysz?
ona -Wcale nie warrrrrrrczę!
on -Warczysz.
ona -Nie warczę...- I w płacz.
on -A dlaczego płaczesz?
ona - ....Bo wszystko jest nie tak!
on -Jak to...?
ona - No tak! Wszystko!
on .....???
ona - Nic mi się nie chce...- I beczy.- Nic mnie nie cieszy, brakuje mi czasu na wszystko, wszystko się piętrzy i nawarstwia, zamówienia czekają, kasy cały czas brakuje, bajzel w domu, remont rozgrzebany, wiecznie czegoś muszę szukać, tylko dom i robota, dom i robota...Jakie to żałosne!  I do tego wyglądam jak ostatnia łajzaaaaaaaaa...- I beczy.- I muszę ufarbować włosy i zrobić coś z paznokciami, i ubrać się też nie mam w co!...I beczy dalej.
on - Nie wiem...zostaw wszystko, wyjdź z domu, idź do Be. albo do Bo., pogadacie, pośmiejecie się...poczujesz się lepiej....
ona - Nie chcę nigdzie iść, ani z nikim gadać!
I beczy. I warczy też.
on -No to zrób sobie te włosy i paznokcie, sama powiedziałaś, że musisz...
ona - No właśnie! Nienawidzę jak coś muszę! Samo słowo ,,muszę" już mi psuje humor. Więc jak coś co MUSZĘ zrobić ma poprawić mi samopoczucie? No jak??? Przecież to głupie!!!
I beczy....
***
I tak od kilku tygodni.
Sama mam jej serdecznie dość.



czwartek, 9 maja 2013

Krótki tekst o sprzedawaniu

Czasem na Rynku bywa wesoło:


Dwie starsze, eleganckie panie przy obrazie ,,Jezus w cierniowej koronie":
-Popatrz Haniu...Jaki ten Jezus jest piękny...
-Rzeczywiście, piękny, bardzo piękny....
Tylko taki strasznie smutny....

***

Inne dwie panie oglądające obrazy.

-Piękne obrazy. Bardzo mi się podobają.
- Mi też. A jakie mają ładne SPODY...(?????...)

***

-Interesuje mnie tryptyk.
- Tryptyk?
Tak. Tryptyk. Ale z trzech...

***

,,Pod" klienta:




Obrazy olejne na płótnie.
***

Pozdrawiam wszystkich zaglądających.
Doskwiera mi brak czasu na relaks przy odwiedzaniu Waszych blogów.
Ale cóż zrobić kiedy Żydek z pieniążkiem (powiesiłam, a jakże!...z nadzieją , że zadziała) jakoś u mnie się nie sprawdza i nie pozostaje mi nic innego jak tylko zasuwać ile pary w rękach i pędzlach... 



wtorek, 30 kwietnia 2013

Zakwitło...

Oczywiście pada deszcz...
Wczoraj było nawet słonecznie, dziś też całkiem względnie,
 za to jutro, kiedy ja szykuję się do pracy zarobkowej oczywiście będzie padać.
Przed wieczorem zagrzmiało i sypnęło grubymi kroplami, i teraz też co chwilę deszcz stuka w szyby.
No cóż...kolejna lekcja pokory i cierpliwości...
Jest takie powiedzenie- ,,Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach."
Właśnie...
Widocznie teraz są ważniejsze sprawy od mojego kurczącego się budżetu.
Na przykład to, że przyroda musi nadgonić stracony przez przydługą zimę czas.
Trawa chce się zielenić, drzewa chcą się zielenić i kwitnąć...
 Moja babcia mawiała, że jak na wiosnę zagrzmi to ziemia się ,,zruszy" i wszystko zacznie rosnąć.
No i tak jest. U nas pierwsza burza była już parę dni temu, a po ostatnich deszczach, które tak paskudnie krzyżują mi plany, na prawdę momentalnie zrobiło się zielono, zakwitły tarniny, czereśnie  i jabłonie
Lubię podziwiać kwitnące drzewa.
 Podoba mi się kontrast - duże drzewo, mocne, ciemne gałęzie obsypane malutkimi, delikatnymi, wonnymi kwiatuszkami.



Taka sobie kwitnąca impresja.... Akwarela + akryl i tusz.

A poniżej wybiegając w przyszłość - letnie...malwy...? Chyba. A może nie...
Bo tak na prawdę nie wiem jakie kwiaty malowałam...
Może nawet takich nie ma. Może zakwitły tylko w mojej głowie...




A teraz własnie deszcz tak mocno bębni w parapety i szyby, że moje świeżo wysadzone białe pelargonie pewnie szlag trafi...

***

Kochane koleżanki, że tak sobię pozwolę na poufałość...
dziękuję za odwiedziny, komentarze i życzenia w kwestii pogody na święta majowe.
Oczywiście wszystkim również życzę dużo słońca, ale cóż...jak będzie to będzie.
Dlatego przede wszystkim życzę odpoczynku i miło spędzonego czasu.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

O wszystkim po trochu...

Ufff....za mną część zamówienia czekającego zdecydowanie za długo na realizację.
Powstały dwa wizerunki  Matki Boskiej.
Format mały - 20x20cm, na płótnie.

Matka Boska Ostrobramska



I Matka Boska Rokitnicka


Jeszcze jedna Bozia została mi do namalowania- Matka Boska Częstochowska.
 Ale ciągle czekam na płótno.

Malują się też kolejne ikony i anioły ale o tym na razie sza, bo wzięłam się  kilka prac jedonocześnie czego raczej nie praktykuję. Zobaczymy jaki będzie finał takiej ,,masówki".
Muszę przygotować się do długiego weekendu w Kazimierzu.
Mam dwa obrazy na krzyż, a to trochę za mało żeby wyruszać na podbój rynku.
Wiem, że niektórzy artyści, rozpoczęli już sezon handlowy. 
Dla mnie początek będzie miał miejsce za tydzień, mam nadzieję że przy ładnej pogodzie i tłumach turystów.
Dziś pogoda dopisała, jak można było podejrzeć na kamerce internetowej skierowanej właśnie na Duży Rynek, dopisali też zwiedzający i malarze ze swoimi dziełami.

A tu - proszę bardzo- Rynek w Kazimierzu Dolnym w dzisiejsze niedzielne popołudnie 


Ten wielki żółty napis pokazuje miejsce gdzie zawsze ustawiam swój stojak z obrazami.
No może trochę mało precyzyjnie pokazuje, bo jakoś tak nad parasolami i ogródkiem baru Mars...
Jednak nie unoszę się powietrzu  (no może czasem....)-ale stoję za parasolami, gdyż  teren przeznaczony dla malarzy jest tuż za Marsem właśnie. Jak na razie tylko ten bar wyszedł z ogródkiem na rynek, ale wkrótce zapewne i dwa inne, mieszczące się obok, a właściwie jak patrzymy na zdjęcie- to przed, również rozstawią swoje ogródki na zewnątrz. Tak więc w poszukiwaniu malarzy trzeba iść wzdłuż parasoli aż do tej najwyższej zabytkowej kamienicy po lewej stronie.
 To tak na wypadek, gdyby ktoś z Was kiedyś odwiedził Kazimierz i zechciał obejrzeć moje bohomazy na żywo.
W podcieniach kamienicy jest bankomat :)))))))
I do tego budka, gdzie można nabyć (i to koniecznie) koguta z cista drożdżowego ze słynnej piekarni Sarzyńskich.
Jeśli chcecie mieć pewność,że dostaniecie świeżutkiego - zapraszam do mnie :))) gdyż solidarność handlujących nie pozwala miłej pani z budki na sprzedaż zaufanym osobom koguta ,,wczorajszego".
To tyle w ramach zapowiedzi, a wkrótce mam nadzieję - pierwsza relacja z miasta artystów.
Stęskniłam się za tym Rynkiem...

***
Na koniec trzy  migawki z życia Małej Demolki.

Jedna z czerwonego pokoju, gdzie właśnie udaje, iż drzewko za fotelem wcale a wcale jej nie interesuje:



A druga z osławionego już stołu kuchennego gdzie pracujemy sobie razem.
Zwróćcie uwagę jakie gustowne mam pojemniczki na pędzle.





No może i mam bałagan na stole,ok przecież wiem....
Ale za to jaki widok jest tuż za...na parapecie...
Tu są moje skarby, mała namiastka tego jak ma wyglądać całe moje mieszkanie. 
Biele, retro, vinage...
Mam nadzieję,że do kolejnej zimy zdążę z metamorfozą.
Jak na razie znowu musiałam ją odłożyć na lepsze czasy.


I tym przyjemnym (przynajmniej dla mnie) widokiem czas zakończyć niedzielne pisanie,
 zwłaszcza, że już prawie godzinę temu z niedzieli zrobił się poniedziałek....
I po weekendzie...

Pozdrawiam zatem wszystkich bardzo serdecznie z samego początku nowego tygodnia.

sobota, 20 kwietnia 2013

Chwila prawdy i Mała Demolka

No cóż...zakładając bloga nie myślałam za bardzo
 o konsekwencjach jakie niesie za sobą upublicznianie tego kim jestem,
 jak żyję, z czego się cieszę i czym się np. w danym momencie smucę...
Właściwie to moja Galeria Artystyczna powstała z pobudek bardzo przyziemnych i miała służyć wymiernym korzyściom materialnym.
Chciałam mieć takie miejsce gdzie będę mogła prezentować twórczość własną i gdzie mogłabym odsyłać klientów chcących zapoznać się z moimi pracami.
I tak było na początku - napisałam parę słów o sobie, podzieliłam obrazy tematycznie, podałam wszelkie dane kontaktowe żeby jak najbardziej ułatwić ewentualnemu klientowi zamówienie i  nabycie mojego obrazu drogą kupna. Dokonawszy tego zostawiłam Galerię w spokoju, zaglądając od czasu do czasu żeby wrzucić zdjęcia nowych prac.
Kiedy sprawdziłam statystyki i okazało się, że ktoś tam jednak zagląda, kiedy pojawił się pierwszy komentarz,  uznałam, że trzeba zabrać się za systematyczne umieszczanie wpisów. Jakby nie było - wszak reklama dźwignią handlu jest i każda droga dotarcia do potencjalnego klienta jest dobra i należy ją wykorzystać.
Ale ponieważ nie samym malowaniem człowiek żyje, powoli obok prezentowanej twórczości zaczęły się ,,przecieki" z życia prywatnego. 
Zmierzając ,,do brzegu" pominę jak , dlaczego oraz z jakich powodów dochodziło do owych przecieków.
Koniec końców należało się spodziewać, że w końcu nadejdą tego konsekwencje.
I stało się. 
 Prawda o mnie poszła w Polskę.  Żeby tylko w Polskę... w świat poszła!

Za sprawą Pantery poszła.




Taki oto limeryk stworzyła Panterka
 w związku z konkursem jaki ogłosiła na swoim blogu Świat to dżungla.

Właściwie to nie mogę mieć ( i nie mam) żadnych pretensji nawet do siebie, bo sama niejednokrotnie pisałam o tym że maluję na stole w kuchni, zamieszczając jeszcze do tego beztrosko zdjęcia tegoż stołu, na którym było wszystko,  tylko nie to co powinno znajdować się na stole perfekcyjnej (ha,ha) pani domu.
No i nie będę teraz przecież się tego wypierać jak żaba mułu...
To co napisała Panterka w limeryku o mnie to święta prawda.
W porach posiłku odgarniam tylko skrawek stołu dla Asystenta, córka przeważnie zabiera jedzenie do pokoju obok i je przed telewizorem, a ja przysiadam na schodku z talerzem na kolanach.
Ale żeby nie było - taki proceder nie trwa wiecznie! Jak tylko cieplej się robi, na okres letni przenoszę cały swój bajzel malarski do pracowni w budynku gospodarczym. 
Inna sprawa, że właściwie zwykle posiłki ...wędrują tam za nami.

A wracając do konkursu na limeryk o sobie, pomysł miała Pantera świetny i wiele osób wzięło w nim udział tworząc genialne, dowcipne rymowane ,,autoportrety".
Jeśli ktoś jest ciekawy tej radosnej twórczości zapraszam TU.
Ja - wiadomo- jak zawsze się nagadam, jak zawsze jestem chętna... tylko potem okazuje się, że albo zapomniałam, albo nie miałam czasu, albo się spóźniłam. 
No cóż, jak mówi jedna moja znajoma - ,,taka karma..."
Dlatego na konkurs Pantery też nie zdążyłam. Wprawdzie limeryk powstał, ale bez ostatniego wersu, bo utknęłam w martwym punkcie. Może kiedyś mnie olśni i moja rymowanka doczeka się ,,kropki nad i".


Zamówienia w trakcie realizacji, a ten Anioł powstał jako przerywnik.
***
 Słodka nowa kicia to Mała Demolka. Tak powinna się nazywać. Na początku nieśmiała jeszcze, zaczęła delikatnie rozrabiać a teraz pokazuje już na dobre co z niej za diablątko. Jest jeszcze mała więc sporo śpi, ale pomiędzy drzemkami...testuje szczególnie moją wytrzymałość.
Jest uparta, nieustępliwa, szybka, ciekawska i wiecznie głodna. 
Nie prędko odsłonię nogi,choć pogoda jak najbardziej temu sprzyja, bo mała z niezwykłą łatwością i sprawnością wspina się na człowieka własnie po nogach. I nie szkodzi, że stoję np. przy zlewie, nie szkodzi że mam cienkie płócienne portki na gołych nogach...Łatwo się domyśleć w jakim stanie są moje łydki...Nie wiem czy to ze względu na swoje półszlachetne pochodzenie kotka jest posiadaczką niezwykle ,,haczykowatych" i oczywiście ostrych pazurków...W każdym razie nie ma powierzchni po której nie byłby w stanie się wspiąć. Czepia się tymi haczykami wszystkiego i wszystkich. Nie tylko dosłownie ale też w przenośni uczepiona jest do człowieka. Jak pinezka, jak szpilka, przypięła się szczególnie do mnie. Jak nie ma  mnie czy innego domownika w zasięgu wzroku zaraz zaczyna miauczeć i szukać towarzystwa.
Tak samo było z Pomponem...
Dlatego dostała w końcu i mię - Pinka.

A pazurki musiałam jej przyciąć. Dwa dni się do tego zbierałam, ale możecie się domyślać jak trudno jest zrobić coś takiego małemu wiercipięcie...Aż w końcu wczoraj zabieg został wykonany na...śpiącym kotku.
Jest o niebo lepiej, choć nadal podrapania nie da się całkiem uniknąć.







Mały łobuz...ale kochany.




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Z innej beczki, a właściwie raczej z...worka...

Może zawiodę co niektóre z Was, bo obiecałam coś z innej beczki, no i będzie ale z zupełnie nie artystycznej...
A jak nadmieniłam - w tym przypadku bardziej pasuje worek niż beczka.
W spontanicznym odruchu bowiem kupiłam kota.
No nie tak dosłownie w worku, bo widziałam na zdjęciach , ale nie do końca wiadomo co z tej małej szelmy wyrośnie.

Dziś mija trzy tygodnie od czasu jak mój kochany łobuz Pompon zaginął.
Nie wiem...może jeszcze wróci, choć powoli tracę nadzieję.
W końcu to dorosły już kocur, może wiedziony instynktem zawędrował gdzieś daleko, ale będzie też potrafił wrócić. Mam tylko nadzieję, że sobie radzi, może trafił gdzieś do innych ludzi, był bardzo ufny...

Strasznie mi szkoda, bo Pompon to naprawdę wyjątkowy kot. Tak przywiązanego, nie odstępującego mnie na krok kota jeszcze nie miałam.
Pusta miseczka i wysprzątana kuweta napawają jednak strasznym smutkiem za każdym razem kiedy na nie patrzę. Dlatego kiedy całkiem przypadkiem zobaczyłam na fb ogłoszenie, że są małe kotki, które szukają domu, szybko zdecydowałam się na nowego lokatora.
Jak Pompon wróci będę miała dwa koty i już.

Z piątki słodziaków została do oddania najmniejsza kotka.
No to ja, wczoraj po krótkiej konsultacji z Asystentem - w samochód, z koleżanką dla towarzystwa dawaj!- pognałyśmy w słoneczne popołudnie 30 km po kociaczkę.
Na miejscu miła pani z równie miłą córką, po miłej rozmowie oddały nam małą kulkę za całe symboliczne 2 dychy.  I dały do myślenia....bo okazało się, że nowy dom dla  czarno białego braciszka kotki jest jeszcze niepewny ...Słowo daję, że tylko dlatego, że nie mogłam dodzwonić się do domu, nie zabrałam i tego drugiego. No chciałam upewnić się, czy mnie z domu nie wyrzucą jak przywiozę dwa zwierzątka...
Ale właściwie, to sama byłam skołowana i nie wiedziałam co robić, bo ten tel. do domu to nie wiem po co wykonałam, wiedziałam jaka byłaby odpowiedź.

BIERZ OBYDWA

Ostatecznie umówiłam się z paniami, że jeśli nikt jednak nie zdecyduje się na czarnego to przyjadę jeszcze raz i go wezmę. Może upadłam na głowę, może to słońce wiosenne namotało mi w głowie...nie wiem....
Jeden kot w tę czy w w tamtą ...co tam.
Z Pomponem byłyby trzy...

W każdym razie kicia, której rodzicielką jest kotka rasy Maine Coone (kociary wiedzą co to za cudo) a tatuś pozostaje niezidentyfikowany,
zadomowiła się już prawie na dobre a  mnie najwyraźniej obrała teraz za swoją mamę, bo drepcze za mną krok w krok, i drze pyszczek jak tylko jej znikam z pola widzenia.
Teraz śpi słodko na kolanach i mruczy cichutko.
Co mnie rozwaliło wczoraj doszczętnie, wyciskając łzy z oczu - kiedy wyjęłam ją z koszyka po wejściu do domu, zaczęła wyrywać się przestraszona jeszcze z rąk, więc postawiłam ją na stole.
A ona dwa razy zakręciła się niepewnie w kółko, powęszyła i...poszła ulokować się na kaloryferze , pod parapet tam gdzie przeważnie z upodobaniem polegiwał Pompon.
Nawet jak już urósł i nie za bardzo się tam mieścił- wyciągał się i wciskał uparcie zajmując pół kaloryfera.
Na dowód oczywiście mam  zdjęcia.
Pierwsze, najświeższe ...i  ostrzegam będę zapewne uparta w tym temacie, ale liczę na zrozumienie, bo jak wiem kociar wśród blogerek sporo jest.
Amen.
Kicia nie ma imienia jeszcze. Jest parę propozycji ale dyskusje jeszcze w toku, może coś mi podpowiecie w tym temacie?
Na razie padło: Truśka, Rysiek, Mizia.
Mama nazywa się Szapira





Poniżej Kicia na ulubionym miejscu Pompona



A tu mój cudny, wspaniały kocur :



Nowa lokatorka jest śliczna i już łobuzuje, a my ciągle czekamy jeszcze na Pompona...





Tak sobie leżę i myślę...