No cóż...zakładając bloga nie myślałam za bardzo
o konsekwencjach jakie niesie za sobą upublicznianie tego kim jestem,
jak żyję, z czego się cieszę i czym się np. w danym momencie smucę...
Właściwie to moja Galeria Artystyczna powstała z pobudek bardzo przyziemnych i miała służyć wymiernym korzyściom materialnym.
Chciałam mieć takie miejsce gdzie będę mogła prezentować twórczość własną i gdzie mogłabym odsyłać klientów chcących zapoznać się z moimi pracami.
I tak było na początku - napisałam parę słów o sobie, podzieliłam obrazy tematycznie, podałam wszelkie dane kontaktowe żeby jak najbardziej ułatwić ewentualnemu klientowi zamówienie i nabycie mojego obrazu drogą kupna. Dokonawszy tego zostawiłam Galerię w spokoju, zaglądając od czasu do czasu żeby wrzucić zdjęcia nowych prac.
Kiedy sprawdziłam statystyki i okazało się, że ktoś tam jednak zagląda, kiedy pojawił się pierwszy komentarz, uznałam, że trzeba zabrać się za systematyczne umieszczanie wpisów. Jakby nie było - wszak reklama dźwignią handlu jest i każda droga dotarcia do potencjalnego klienta jest dobra i należy ją wykorzystać.
Ale ponieważ nie samym malowaniem człowiek żyje, powoli obok prezentowanej twórczości zaczęły się ,,przecieki" z życia prywatnego.
Zmierzając ,,do brzegu" pominę jak , dlaczego oraz z jakich powodów dochodziło do owych przecieków.
Koniec końców należało się spodziewać, że w końcu nadejdą tego konsekwencje.
I stało się.
Prawda o mnie poszła w Polskę. Żeby tylko w Polskę... w świat poszła!
Taki oto limeryk stworzyła Panterka
w związku z konkursem jaki ogłosiła na swoim blogu
Świat to dżungla.
Właściwie to nie mogę mieć ( i nie mam) żadnych pretensji nawet do siebie, bo sama niejednokrotnie pisałam o tym że maluję na stole w kuchni, zamieszczając jeszcze do tego beztrosko zdjęcia tegoż stołu, na którym było wszystko, tylko nie to co powinno znajdować się na stole perfekcyjnej (ha,ha) pani domu.
No i nie będę teraz przecież się tego wypierać jak żaba mułu...
To co napisała Panterka w limeryku o mnie to święta prawda.
W porach posiłku odgarniam tylko skrawek stołu dla Asystenta, córka przeważnie zabiera jedzenie do pokoju obok i je przed telewizorem, a ja przysiadam na schodku z talerzem na kolanach.
Ale żeby nie było - taki proceder nie trwa wiecznie! Jak tylko cieplej się robi, na okres letni przenoszę cały swój bajzel malarski do pracowni w budynku gospodarczym.
Inna sprawa, że właściwie zwykle posiłki ...wędrują tam za nami.
A wracając do konkursu na limeryk o sobie, pomysł miała Pantera świetny i wiele osób wzięło w nim udział tworząc genialne, dowcipne rymowane ,,autoportrety".
Jeśli ktoś jest ciekawy tej radosnej twórczości zapraszam
TU.
Ja - wiadomo- jak zawsze się nagadam, jak zawsze jestem chętna... tylko potem okazuje się, że albo zapomniałam, albo nie miałam czasu, albo się spóźniłam.
No cóż, jak mówi jedna moja znajoma - ,,taka karma..."
Dlatego na konkurs Pantery też nie zdążyłam. Wprawdzie limeryk powstał, ale bez ostatniego wersu, bo utknęłam w martwym punkcie. Może kiedyś mnie olśni i moja rymowanka doczeka się ,,kropki nad i".
Zamówienia w trakcie realizacji, a ten Anioł powstał jako przerywnik.
***
Słodka nowa kicia to Mała Demolka. Tak powinna się nazywać. Na początku nieśmiała jeszcze, zaczęła delikatnie rozrabiać a teraz pokazuje już na dobre co z niej za diablątko. Jest jeszcze mała więc sporo śpi, ale pomiędzy drzemkami...testuje szczególnie moją wytrzymałość.
Jest uparta, nieustępliwa, szybka, ciekawska i wiecznie głodna.
Nie prędko odsłonię nogi,choć pogoda jak najbardziej temu sprzyja, bo mała z niezwykłą łatwością i sprawnością wspina się na człowieka własnie po nogach. I nie szkodzi, że stoję np. przy zlewie, nie szkodzi że mam cienkie płócienne portki na gołych nogach...Łatwo się domyśleć w jakim stanie są moje łydki...Nie wiem czy to ze względu na swoje półszlachetne pochodzenie kotka jest posiadaczką niezwykle ,,haczykowatych" i oczywiście ostrych pazurków...W każdym razie nie ma powierzchni po której nie byłby w stanie się wspiąć. Czepia się tymi haczykami wszystkiego i wszystkich. Nie tylko dosłownie ale też w przenośni uczepiona jest do człowieka. Jak pinezka, jak szpilka, przypięła się szczególnie do mnie. Jak nie ma mnie czy innego domownika w zasięgu wzroku zaraz zaczyna miauczeć i szukać towarzystwa.
Tak samo było z Pomponem...
Dlatego dostała w końcu i mię - Pinka.
A pazurki musiałam jej przyciąć. Dwa dni się do tego zbierałam, ale możecie się domyślać jak trudno jest zrobić coś takiego małemu wiercipięcie...Aż w końcu wczoraj zabieg został wykonany na...śpiącym kotku.
Jest o niebo lepiej, choć nadal podrapania nie da się całkiem uniknąć.
Mały łobuz...ale kochany.